W lipcu 2019 roku europejski system nawigacji satelitarnej Galileo – warta 10 miliardów euro odpowiedź Europy na amerykański GPS – po cichu wyłączył się na sześć dni. Przyczyną była awaria techniczna w naziemnej stacji czasowej, ale przez tydzień europejski sen o „strategicznej autonomii” wydawał się halucynacją. Nie doszło do zamieszek, głównie dlatego, że telefony komórkowe automatycznie przełączyły się na kontrolowaną przez USA sieć GPS. Jednak wewnątrz budynku Berlaymont i Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) incydent ten posłużył jako przeprowadzona w kontrolowanych warunkach demonstracja przerażającej rzeczywistości: współczesna gospodarka to domek z kart zbudowany na sygnale 10,23 MHz, wysyłanym z kilkudziesięciu skrzynek z elektroniką krążących 23 000 kilometrów nad naszymi głowami.
Dziś zagrożeniem nie jest już błąd oprogramowania w stacji naziemnej. Niedawne ostrzeżenia Dowództwa Kosmicznego USA dotyczące rosyjskich nuklearnych zdolności antysatelitarnych (ASAT) przeniosły dyskusję z teoretycznego zarządzania odpadami kosmicznymi na perspektywę celowego, nieodwracalnego zniszczenia orbity. Gdyby urządzenie jądrowe zostało zdetonowane na niskiej orbicie okołoziemskiej (LEO), nie byłby to tylko akt wojny przeciwko jednemu państwu; byłby to akt wandalizmu ekologicznego, który mógłby skutecznie zamknąć ludzkości drogę w kosmos na całe pokolenie. Dla Unii Europejskiej, obecnie pochłoniętej swoją „Cyfrową Dekadą” i zieloną transformacją, stawka nie dotyczy jedynie utraty Google Maps; chodzi o natychmiastowy upadek systemów przemysłowych i finansowych, które utrzymują wspólnotę.
Cisza zegarów atomowych
Najbardziej niezrozumiałym aspektem uzależnienia od satelitów jest to, że nie używamy ich tylko do lokalizacji; używamy ich do mierzenia czasu. Każda duża giełda we Frankfurcie, Londynie i Nowym Jorku polega na precyzyjnych co do nanosekundy zegarach atomowych na pokładzie satelitów GPS, Galileo i Glonass, aby opatrywać transakcje znacznikami czasu. W handlu wysokiej częstotliwości (HFT), gdzie mikrosekundy oznaczają miliony euro, utrata zsynchronizowanego sygnału czasowego doprowadziłaby do natychmiastowego, zautomatyzowanego zamknięcia rynków, aby zapobiec katastrofalnym krachom. To ostateczny „wyłącznik” globalnego kapitalizmu, ukryty na widoku.
Poza parkietami giełdowymi europejska sieć elektroenergetyczna polega na tych samych sygnałach, aby synchronizować fazę energii elektrycznej na tysiącach kilometrów linii wysokiego napięcia. Bez tego pomiaru czasu sieć staje się niestabilna. Inżynierowie mogą uciec się do oscylatorów lokalnych, ale te ulegają dryfowi. W ciągu kilku godzin ryzyko masowych, kaskadowych awarii zasilania rośnie wykładniczo. Na tym polega ironia infrastruktury XXI wieku: im bardziej „inteligentne” czynimy nasze miasta – im bardziej polegamy na sieci 5G, zautomatyzowanej logistyce i inteligentnych sieciach energetycznych – tym bardziej przywiązujemy nasze przetrwanie do warstwy atmosfery, która jest coraz częściej traktowana jako poligon strzelecki.
Bezwzględna fizyka nuklearnego ASAT
Kiedy generał Stephen Whiting z Dowództwa Kosmicznego USA ostrzega przed rosyjskim zagrożeniem nuklearnym w kosmosie, nie mówi o precyzyjnym uderzeniu. W próżni kosmicznej nie ma fali uderzeniowej, ponieważ nie ma powietrza. Zamiast tego eksplozja jądrowa uwalnia potężny rozbłysk promieni rentgenowskich i gamma. Tworzy to impuls elektromagnetyczny (EMP), który smaży obwody wewnętrzne każdego satelity znajdującego się w bezpośrednim polu widzenia. Prawdziwym długofalowym zabójcą jest jednak stworzenie nowego, sztucznego pasa radiacyjnego.
Ziemskie pole magnetyczne uwięziłoby wysokoenergetyczne elektrony z takiej eksplozji, tworząc strefę intensywnego promieniowania, przez którą każdy satelita na LEO musiałby przechodzić kilka razy dziennie. Nawet „wzmocnione” satelity wojskowe nie są zaprojektowane tak, aby przetrwać tak ciągłe bombardowanie przez dłuższy czas. W ciągu tygodni lub miesięcy panele słoneczne uległyby degradacji, procesory cierpiałyby na przekłamania bitów, a cała powłoka orbitalna stałaby się cmentarzyskiem martwego, koziołkującego metalu. Dla Europy byłby to podwójny cios. Nasze obecne sztandarowe projekty, takie jak wielo орбиtalna konstelacja IRIS², zaprojektowana w celu zapewnienia bezpiecznej łączności, narodziłyby się w zabójczym środowisku, na które nigdy nie przewidziano budżetu.
Tragedią takiej broni jest brak sygnatury. W przeciwieństwie do pocisku kinetycznego, który uderza w konkretny cel, wzmocniony nuklearnie pas radiacyjny niszczy wszystko bez różnicy. Zabiłby rosyjskie satelity równie skutecznie, co amerykańskie czy europejskie. To orbitalny odpowiednik zatrucia jedynej studni na pustyni na złość wrogowi, by chwilę później zdać sobie sprawę, że samemu też trzeba z niej pić.
Pułapka śmieci i koszmar Kesslera
Europejska polityka przemysłowa jest tutaj szczególnie wrażliwa. Unijny akt o chipach (EU Chips Act) i dążenie do suwerenności w dziedzinie półprzewodników mają napędzać zaawansowaną technologicznie gospodarkę, która zakłada, że dane swobodnie płyną z nieba. Jeśli LEO stanie się zasypanym śmieciami pustkowiem, tysiące czujników rozmieszczanych na europejskich polach w ramach „rolnictwa precyzyjnego” – które zmniejsza zużycie nawozów nawet o 20% – nagle staną się drogimi ozdobami trawnikowymi. Poleganie Europejskiego Zielonego Ładu na monitorowaniu metanu i emisji dwutlenku węgla za pomocą satelitów zniknęłoby, pozostawiając Wspólnotę ślepą na własne cele środowiskowe.
Co więcej, europejskie zdolności wynoszenia ładunków znajdują się obecnie w stanie zawstydzającej kruchości. Wraz z wycofaniem Ariane 5, opóźnieniami Ariane 6 i utratą dostępu do rosyjskich rakiet Sojuz, Europejska Agencja Kosmiczna znajduje się w sytuacji, w której nie jest w stanie zastąpić nawet własnych satelitów meteorologicznych, gdyby te miały dziś ulec awarii. Mamy inżynierów i ambicje, ale zleciliśmy nasze możliwości wynoszenia ładunków Elonowi Muskowi. W scenariuszu wojny w kosmosie czekanie na miejsce w manifeście startowym Falcona 9 nie jest realną strategią bezpieczeństwa narodowego.
Czy możemy zbudować naziemne wsparcie?
Oczywistym pytaniem dla Brukseli jest to, dlaczego nie stworzyliśmy planu B. Odpowiedź tkwi w kosztach i fizyce. Aby odtworzyć zasięg sieci Galileo za pomocą nadajników naziemnych (technologia znana jako eLoran), potrzeba by tysięcy wież i miliardów inwestycji w system, który jest mniej dokładny i łatwo go zagłuszyć. Choć Wielka Brytania i niektóre państwa członkowskie UE bawiły się myślą o naziemnych rozwiązaniach zapasowych, finansowanie zawsze było przekierowywane na bardziej widoczne projekty. Zamieniliśmy odporność na wydajność, a dywidenda z tej transakcji jest teraz zagrożona przez graczy geopolitycznych, którzy zdają sobie sprawę, że największa siła Zachodu – jego hiper-łączność – jest jednocześnie jego najłatwiej dostępnym słabym punktem.
Gdyby satelity zniknęły dzisiaj, pierwszą rzeczą, którą byś zauważył, byłaby cisza w GPS-ie twojego telefonu. Potem bankomaty przestałyby wydawać gotówkę. Następnie sklepy spożywcze, które polegają na logistyce satelitarnej w dostawach „just-in-time”, w ciągu 48 godzin zaczęłyby świecić pustymi półkami. Nie byłby to powrót do XIX wieku, jak sugerują niektórzy alarmiści; byłoby to społeczeństwo XXI wieku próbujące funkcjonować w oparciu o XIX-wieczne systemy, których nie potrafi już obsługiwać. Instrukcja obsługi świata, który zbudowaliśmy, jest przechowywana w chmurze, do której dostęp wymaga satelity.
Europa posiada przepisy, dyrektywy i białe księgi, by zarządzać kryzysem. Po prostu jeszcze nie zdecydowała, które państwo członkowskie chce zapłacić za rakiety zapasowe, aby naprawić cokolwiek na orbicie.
Comments
No comments yet. Be the first!